RSS
poniedziałek, 17 grudnia 2012

Wszystko w sobie mam rozedrgane, całe życie staje mi przed oczami i myślę sobie co za skurwysyństwo tak nas przyłatwić tuż przed świętami. Dlaczego ja się cały czas czegoś boję? Raka, wywalenia z pracy, choroby dziecka, teraz jebanego końca świata. Wstaję codziennie rano i dłużej niż zwykle stoję przy oknie w łazience i się zastanawiam czy na tamtym świecie też będą zielone choinki rosły za płotem u sąsiadów, czy to będzie jeden wielki błysk, czy może po prostu coś nam odłączy świadomość, a może będę musiała uciekać na dach przed powodzią, i wtedy po chuj mi te zapasy co je poczyniłam w narożnej szafce w kuchni. Jak nie będzie prądu to i tak nic nie ugotuję przecież. Dlaczego do cholery nie kupiliśmy tej kozy do dużego pokoju? Przecież na takiej kozie to by się nawet coś ugotowało. Wody jak nie będzie to już zupełna klapa. Chociaż Makro blisko jak nic nie będzie to ludzie sami się włamią do magazynów. Może się coś ukradnie. Ale jak ja się skontaktuję z rodzicami jak wysiądą telefony, jak się spytam czy z nimi wszystko dobrze? Nie chcę patrzeć jak umiera moje dziecko. Ale lepiej już żeby ona przede mną. Przynjamniej będę spokojniejsza, że nie będzie się sama błąkać. Nie chciałabym utonąć, to musi strasznie boleć. I to teraz jak wreszcie chałupa jako tako wykończona i długi się spłącają. Jak już dziecko odchowane to teraz. Autentycznie boję się końca świata. Prawdziwie boję się tego co będzie. Boję się każdego dnia, każdej drogi do pracy i z pracy, każdej wizyty u lekarza i każdego wyjazdu kogokolwiek z rodziny czy znajomych, boję się śmierci i sponiewierania, zjawisk nadprzyrodzonych i zwykłych codziennych rzeczy. I to nie jest kwestia przyjęcia odpowiednich leków żeby to wygłuszyć bo mi łeb stelepało do reszty i czas leczyć. Nie. To kwestia tego, że nie mam się na czym oprzeć i czemu zaufać. Bo nawet Boga się boję. No bo co on powie jak mnie zobaczy?! Niech to wszystko już się przewali jak słowo daję... 

PS. jak łatwo się domyśleć tego nie pisała Alex.   

niedziela, 16 grudnia 2012

Boże....Robię jakieś bzdetne prezenty krismasowe przez internet, a ojciec umiera w szpitalu. Niby go leczą, ale ja wiem za dużo.Niewiedza jest błogosławieństwem a ja ( o ironio losu) pracowałam nad lekiem, który miał tłuc białaczkę, którą zdiagnozowali u ojca. Kupiłam mu wygodne kapcie i teraz zastanawiam się czy kiedykolwiek je włoży...
Nigdy jeszcze śmierć nie była tak blisko. Jestem przerażona jak gaśnie człowiek.Patrzę na ojca leżącego w łóżku i odruchowo czekam na jakąś zjebkę lub ciętą ripostę, które kiedyś wyprowadzały mnie z równowagi na, co najmniej, tydzień. Czekam i nic.Widzę cień człowieka i widzę koniec.
Kurwa. Może to nie jest zbyt odkrywcze to, co napiszę, ale nagle zdaję sobie sprawę, że nie jestem nieśmiertelna.Wobec ciężkiej choroby nic nie ma znaczenia....
Nawet ludzie. No bo niby co...Przyjdę do szpitala, potrzymam nieprzytomnego ojca za rękę i uzdrowię go? Sprawię, że będzie mniej cierpiał? Nie. Może to i wstyd, ale wcale nie mam ochoty jeździć do tego szpitala i patrzeć na ojca. Boję się nie śmierci, ale bólu i bezsilności.

I jeszcze ta refleksja...Za zapierdalanie do 67 roku życia na "końcówkę" dostanę podarte prześcieradło i opierdol od salowej, że krzywo szczę do basenu. Czy można się "wypisać" z tego jebanego państwa w jakiś inny sposób niż przez pola elizejskie lub emigrację?


czwartek, 06 grudnia 2012

Wczoraj była wizyta u prawnika. Intercyza małżeńska. Małż chce kupić chatę i nie chce mnie obciążać kredytem...Powinnam czuć się dobrze...Pomyślano o moim, szeroko pojętym, dobrostanie..Czuję się "zaopiekowana", a jednak jest chujowo...Dlaczego? Bo każdy wchodzi w związek małżeński z namiętnością, nadziejami oraz przeświadczeniem, że w wieku 70 lat będzie karmił z drugą połówką wiewiórki w parku  i kotłował Double Hertz przed telewizorem, a kończy się przeważnie walką o kasę. Bezduszne podpisanie papieru przez biacz w Chanelowskim żakiecie kończy pewien etap Twojego życia.To nie kosztuje dużo - 518 PLN-ów, ale dawka sponiewierania, jaką przyjmujesz jest bezcenna. Nie polecam, aczkolwiek proszę każdego, kto przeczyta te wypociny i stwierdzi, że jestem zgorzkniałą flądrą o skopiowanie sobie wpisu na nośnik informacji i odczytanie go po, około, 15 latach związku. Pewne prawdy przemycone tutaj mogą okazać się pomocne. Moje małżeństwo umierało powoli przez parę lat - teraz jest agonia. Jest spokojnie, kulturalnie i z klasą...co oznacza....No właśnie..Co to do Chuja Pana oznacza? O czym świadczy brak silnych emocji przy rozstaniu? Czy istniały kiedyś i się wypaliły? Czy może ich nigdy nie było? Gubię się w tym wszystkim.


środa, 05 grudnia 2012
Kiedyś, ktoś umieścił na blogu  cytat - przepis mądrego, starego człowieka na dobre małżeństwo. Coś o tym, że kiedyś jak się rzeczy psuły to się je naprawiało a teraz się po prostu zmienia lub wyrzuca. Na początku pomyślałam  sobie "Jakie to mądre".Teraz uważam, że to straszne gówno i szambo. Widzę w swojej rodzinie małżeństwa z 30, 40 - sto letnim stażem (włączając moich starych), gdzie niby sie "naprawiało" przez całe życie.Teraz matka z perspektywy czasu mówi, że w sumie nie do końca było tak, bo od ojca chciała odejść ze 4 razy, ale nie miała odwagi, bo kasa, bo dzieci, bo nie chciała wracać do domu rodzinnego. Naprawiała całe życie. Dzieci miały dom - sponiewierany przez apodyktycznego ojca - ale miały. Dziatwa głoda i obdarta nie chodziła - koronny argument tkwienia w chujowym związku oraz "poświęcania sie" w imię szczęśliwej rodziny. Teraz dzieci łykają antydepresanty i chodzą do psychologów. Było warto, nie? Oczywiście nie ma co teraz płakać nad rozlanym mlekiem tylko wziąć dupę w garść i radzić sobie z problemami podarowanymi nam w dzieciństwie.
Prośba do ludzi 50, 60 plus...Nie pierdolcie dzieciom, gdy są nieszczęśliwe w związkach, że tak musi być, bo takie jest życie i żeby walczyły za wszelką cenę. To, że się upierdoliliście po samą kokardę nie znaczy , że następne pokolenie ma mieć tak samo. To było chore. Czasami nic nie trzeba naprawiać tylko spieprzać - byle dalej....
poniedziałek, 26 listopada 2012

Dostałam pracę!!!!!

Bez robienia loda ( bez obiecywania, że będę go robić w przyszłości, choć tego nie wykluczam...w końcu wszyscy lubią niespodzianki;), bez udowadniania , że nie jestem wielbłądem. Jestem spojona Cavą zniesioną przez Małża z M&S i szczęśliwa.
Może się jednak wszystko ułoży... po trochu....Chyba, że dla równowagi i harmonii wszechświata okaże się jutro , że mam raka.
Dzisiaj to pierdolę. Jestem zadowolona, bo otwierają się nowe drzwi....i to NIE korpo drzwi

;)))))


czwartek, 22 listopada 2012

Byłam dziś w placówce zwanej potocznie "Szpitalem" - u ojca. Fantastycznie jest przejść się do takiego miejsca w samym centrum miasta stołecznego i zobaczyć na co idą składki zdrowotne i gdzie można trafić, jak coś się spierdoli ze zdrowiem. Nie wierzyłam, że tak może wyglądać szpital. Założę się, że u Antoniego Kosiby w izbie były lepsze warunki do leczenia niż w stołecznym szpitalu. Smród, brud, podarte prześcieradła. Drobnoustroje wielkości piłek do tenisa wylegują się na wszystkich płaskich powierzchniach. Jest to Oddział transplantologii i immuno..czegoś tam. Wydawało mi się, że pacjenci po przeszczepie potrzebują bardziej sterylnych warunków, ale chyba się nie znam. Matka dzwoni do mnie w panice, że ojcu trzeba kupić leki..Kurwa..ojciec jest w szpitalu i kupować mu leki? Ano tak.Idealny pacjent stawia się w szpitalu z łóżkiem, kompletem pościeli i niezbędnymi medykamentami. Znudzony pan doktor spojrzy na pacjenta z pogardą, potem pacjenta opierdoli  pielęgniara, bo ten zawraca jej dupę zamiast z godnością znosić cierpienie i finito.W przypadkach beznadziejnych można liczyć na kroplówkę z soli fizjologicznej, no bo pacjent który zszedł z ziemskiego padołu z powodu odwodnienia zaniża krajowy rating szpitala.
Patrzę...- w barłogu obok mojego ojca leży chłopak w moim wieku. Pidżamka od CK, biała podkoszulka, na prześcieradle wibruje najnowszy IPhone. Chłopak żółtawo-przeźroczysty - rurka w nosie, rurka w cewce. Przerzedzone włosy i smutne szare oczy. Myślę sobie, że na chuja to wszystko. Po co wiecznie gonić za czymś, przejmować się pierdami, kupować kolejne gzery, które nic nie wnoszą do sprawy. Ktoś wyższy decyduje, że wypadasz z gry i możesz sobie IPhone-a włożyć w zad - jeżeli masz,oczywiście, siłę. Wychodzę z tego szpitala i chce mi się żyć (wyć). Dziękuję opaczności za zdrowie. Mam ochotę z kimś pogadać, iść na alko, potańczyć. Od tego żółtawego chłopaka z rurką w nosie dzieli mnie tylko cienka ściana szpitala.
Daje do myślenia....

P.S.Mam teorię: Dlaczego lekarze dużo piją i ruchają?

1.Żeby nie zwariować obcując na co dzień z cierpieniem i beznadzieją
2.Zdają sobie sprawę, bardziej niż ktokolwiek z nas, jak kruche jest życie więc jadą na maxa półki jest siła, chęci i zdrowie....

Fajnie.


wtorek, 13 listopada 2012

Zmiana warty. Wy co sponiewierani i uciemiężeni jesteście. Wstańcie i idźcie albowiem bliskie jest lepsze życie.

W życiu rozwiodłam się raz. Było chujowo owszem ale bez przesady. Znam kilka gorszych sytuacji życiowych, które potrafią wywrócić życie do góry nogami. A i tak trzeba iść dalej. I co? Poderżnąć sobie żyły? Zapaść się pod ziemię? Chodzić w żałobnym całunie do końca swoich dni? Szukać wiatru w dupie bo a może jakby się tak znalazł to życie byłoby prostsze? 

Starałam się bardzo a i tak uważam, że rozwód nie jest zły. Owszem zawsze już będziesz miała tą pierdoloną etykietkę "rozwodnica" dyndającą przy dużym paluchu u nogi jak tabliczka z imieniem i nazwiskiem trupa z kostnicy. Możesz, jeśli tego zapragniesz, do końca życia nosić cudze nazwisko. Możesz mieć tysiące wspomnień i tysiące pogrzebanych marzeń przekreślonych w pół godziny bo tyle trwa polubowna sprawa rozwodowa bez orzekania i dzielenia majątków/dzieci/psów/kotów i malutkiej żabki z porcelanowym serduszkiem. Ale jedna zasadnicza sprawa nie powinna ci schodzić ze łba od rana do nocy - to ja podjęłam tą decyzję! A skoro tak to ta decyzja jest dobra. Nie będę naprawiać, rezygnuję. I do dzieła. A skoro do dzieła to trzeba zrobić to i to i to i to. Procedura. Składam wniosek + opłatę, czekam, dostaję decyzję. Tak to widzę dzisiaj. Żadna tam kategoria dramatu czy czego tam jeszcze - życiowa nauka.    

Wszyscy rozwodzący się i rozwiedzeni - stańcie do apelu i napiszcie, że to nie koniec świata co?

zatroskana kadaz

poniedziałek, 12 listopada 2012

Życie mi się pierdoli
a) rozwodzi się moja sis
b) rozwodzę się ja
c) ojciec ma depresję
d) matka ma depresję i...na deser wujek umiera na raka
Tadam!!!! Teraz proszę podnieść szkarłatną kurtynę wypuścić 6 koni z pióropuszami w dupach i małpę na monocyklu.
Powinnam płakać, ciąć się nożem lub zawczasu zapisać się  na stronę randkową młodzieży katolickiej "Nieprzeruchani.pl", ale właściwie to chce mi się śmiać przez łzy. Kurwa...Jakieś plany, wizje, projekcje...Ja z beżowym psem spacerująca w objęciach Małża na australijskiej plaży, ja w klubie w NYC popijająca modżajto, ja z Małżem sadząca ryż na polu w naszej ukochanej Japonii (taka fantazja - bogatemu wolno).
Są takie chwile w życiu, że człowiek sobie myśli, że zwariuje lub umrze, ale nie ma tak prosto. Na raka i białaczkę nie umierają takie wredne dziwy jak ja, lecz matki dzisięciorga dzieci. Nie łatwo jest też zwariować. Raz podjęłam próbę, ale współczesna farmakologia czyni cuda. Resztki instynktu samozachowawczego sprawiły, że grzecznie łykałam tabletki.
Mogłabym się zabić, ale:
- po pierwsze - boję się, że będzie bolało i że umrę - nie mam w chacie nawet jednego ostrego noża
- po drugie - nie chcę umierać nie przeleciawszy (double entendre) szpakowatego pilota
- po trzecie -  do kuchni mam parę kroków, a przyjęłam na Beddinge bardzo wygodną pozycję szezlongową i obstawiłam się ciastkami i herbatą z imbirem. Pójście do kuchni po nóż wiązało by się ze zbyt dużym wysiłkiem, żeby wyplątać się z koca i zestawić z kanapy wszystkie gzery.
Jest tak chujowo, że mam dobry humor - i to bez tabletek.Jak usłyszycie za parę dni w "Uwadze" TVN o kobiecie 30+, która wycięła siekierą pół czteropiętrowca - to będzie o mnie.


poniedziałek, 05 listopada 2012

No  ludzie..trzymajcie mnie. Muszę się podzielić czymś, co przeczytałam w jednym z kolorowych czasopism. Nie będzie o sexie, bo z różnych przyczyn sex-u mam na razie dosyć (dodam dla zainteresowanych, że nie chodzi o STD-isy). Chodzi o wciskanie kitu ludziom - a konkretnie kobietom, które wg niektórych źródeł się zaliczają się do Homo Sapiens. Czytam kolorową reklamę na dwie strony (coś jak rozkładówka w Playboyu).."Bądź jak surferka nawet 2000 km od morza"..Hmmm..."Intrygujące"- myślę sobie. Czytam.Chodzi o nowy spray do łba, który nada Ci "surferskiego looku". Czegoś nie rozumiem....O ile sobie przypominam włosy po kąpielach morskich są sztywne i matowe jak łoniaki. Kto chce mieć matowe włosy jak po tyfusie i wydać 100 PLN-ów na butelkę roztworu soli kuchennej z E-567,E-789 i aromatem karaibskiej plaży? No i tu zdziwko...Tysiące bab. Wchodzę na fora. Zachwyt, ale i rozgoryczenie. Czytam..."Moje włosy są sztywne i w ogule się nie układają.Nie będę kópywać już wiencej tego prodóktu". No a czego się spodziewała jedna cipka z drugą? Nie rozumiem. Zawsze myślałam, że wszystkie baby ( nie jestem tu wyjątkiem) chcą mieć  czerep lśniący jak psie jaja na wiosnę. A tu proszę.....Zlała łeb roztworem soli kuchennej i ma matowe włosy..co za rozczarowanie.
Jestem babą, ale czasami naprawdę wstydzę się za kobity.Wystarczy wejść na jakieś forum kosmetyczno-modowe, aby nabawić się impotencji na resztę życia.
A tak w ogóle to nazwy zapachów, które wymyślają marketingowcy to ZŁO..np.Karaibska Plaża, Bryza Oceanu.Byłam na plaży i wąchałam bryzę co najmniej dwóch oceanów. Nie jadą orchideą, ale solą, wodorostami i rozkładającymi się rybami.

A propos...szukam roboty. Jestem otwarta na propozycję. Mogę robić wszystko, ale nie za mniej niż 4000 netto.


niedziela, 04 listopada 2012

Wszystko teraz musi oddychać- taki trend. Kupiłam kiedyś za ciężki pieniądze oddychające buty, które czynność respiracyjną miały przeprowadzać przez specjalne lejkowato-srakie dziurki w podeszwie. Oddychały tak skutecznie, że przez dziury lała się woda do środka. Przy najbliższej okazji zaniosłam Hi-Tech  do oddychającego sklepu i poinformowałam oddychającą pipsię o wadzie produktu. Ona zaś, z nieudawanym zdziwieniem, odpowiedziała, że to pierwszy przypadek feleru oddychających butów. Dzisiaj rano załadowałam w gacie oddychającą podpaskę. Oddycha dosyć cicho, więc generalnie nie odwraca mojej uwagi od czynności codziennych. Kupiłam przez internet oddychające soczewki kontaktowe - wolałam opcję nieoddychającą za nieco mniejsze pieniądze, ale, kurwa, takiej nie było. Mam oddychającą kurtkę p-ciw deszczową za 600 zyla, która chyba jest generalnie martwa, bo - jak na złość - nie oddycha i pot leje mi się po plecach do rowa.

Albo produkty typu "Pierdyliard w Jednym" czyli opcja "All in One". Ja nie chcę wszystkiego w jednym - chcę mieć wszystko osobno. Nie chce mydła, szamponu i płynu do czyszczenia kibla w jednej butelce . Nie chcę podpaski adsorbująco-wysysająco- perfumowanej. Poza tym jestem narażona na stres kupując jakiś szuwaks "4 w 1", bo obawiam się, że wkrótce po opuszczeniu sklepu z interesem życia za 10 zyla na półce pojawi się to samo, tyle że "6 w 1". I jak wtedy będę się czuła? Wyruchana! Jak zwykle. Usiądę więc i poczekam... może na "10 w jednym". Ciekawe kiedy gnidy od generowania potrzeb (marketing- dla jasności) stwierdzą, że pakowanie kremu na hemoroidy i pasty do zębów do jednej tuby to lekka przesada.

 
1 , 2 , 3 , 4
Darmowy licznik odwiedzin
licznik odwiedzin
szampon - zazwyczaj płynny środek do mycia włosów, zawierający ciekłe mydło, substancje pieniące oraz substancje pomocnicze, takie jak związki zapachowe, odżywcze, nawilżające, antystatyczne, natłuszczająco-nabłyszczające, lecznicze i koloryzujące włosy. W Polsce ze względu na nawyki hignieniczne z wieków średnich używany sporadycznie. Tryskawka - prosty przyrząd laboratoryjny służący do podawania małych lub średnich ilości płynu metodą natryśnięcia strumieniem pod lekkim ciśnieniem, ale bez precyzyjnego odmierzania ilości. Istnieją dwa rodzaje tryskawek. Szklane tryskawki starego typu, które już praktycznie wyszły z użycia, oraz tryskawki wykonane z polietylenu.